Żył sobie w pewnym mieście ubogi Bezdomny. Mieszkał na ulicy Solidarności, pomiędzy numerem 16 i 18. Nikt nie wiedział skąd się wziął, ani dlaczego stał się Bezdomnym. Lokatorzy widywali go wprawdzie tu i ówdzie, jednak nigdy się im nie naprzykrzał, ani o nic nie prosił. Po prostu przechodził obok nich, żyjąc jakby w innym świecie.
Pewnego dnia Bezdomny postanowił jednak sprawdzić dobroć otaczających go ludzi. Udał się więc do pobliskiego hipermarketu, gdzie wszyscy o tej porze robili zakupy. Gdy tylko przekroczył próg sklepu, zagrodziło mu drogę dwóch ochroniarzy.
- Dokąd to się szanowny pan wybiera? – spytał pierwszy
- Na zakupy – skłamał Bezdomny, lecz powiedział to dość niepewnym głosem.
- Wynoś się stąd, bo odstraszasz klientów. Śmierdzisz na kilometr. – odparł drugi.
W słowach tych było niestety sporo prawdy. Tam, gdzie mieszkał, nie było zbyt dobrego dostępu do wody, przez co normalna poranna toaleta stawała się ciągiem skomplikowanych czynności, na których wykonywanie zwykle szkoda było tracić czas i energię. Bezdomny ustawił się więc przed wejściem, na świeżym powietrzu i zaczął prosić przechodniów o chleb.
Wśród innych ludzi przechodził tamtędy Paweł. Organizował tego wieczoru skromne przyjęcie i chciał się upewnić, że nie zabraknie na stole odpowiednio wyszukanych trunków. Minął Bezdomnego i spojrzał na niego z pogardą.
- Może pan zechce mi kupić kromkę chleba?
- Odczep się, jak ci dam pieniądze to wszystko przepijesz.
- Ale je nie chcę pieniędzy, tylko pieczywa!
- Nie mam czasu szlajać się z tobą po piekarniach.
To powiedziawszy odszedł. Nie minęła chwila, gdy szybkim krokiem przeszedł Witold.
- Może pan zechce mi kupić kromkę chleba? - spróbował ponownie Bezdomny.
Tamten jednak nic nie odparł, tylko zgryźliwie się uśmiechnął i podał pół bochenka.
- Dziękuję, spotka pana za to nagroda – odparł, lecz Witold już go nie słyszał. Odszedł śpiesznie w kierunku swojego Jeepa, zaparkowanego gdzieś w odległym sektorze parkingu. Po drodze mijał zirytowanych kierowców, co chwila wygrażających w powietrzu pięściami. Początkowo obserwował ich ze zdziwieniem, lecz szybko zdał sobie sprawę z przyczyny ich zachowania. Większość samochodów w zasięgu wzroku była bowiem uszkodzona: porysowany lakier, gdzieniegdzie (choć rzadko) urwane boczne lusterko. Zaczął się martwić również o swój wóz (który zaledwie miesiąc temu odebrał z salonu) i przyśpieszył kroku. Gdy dotarł na miejsce stwierdził, że jego Jeep jest nietknięty. Stał w dokładnie takim stanie, w jakim został zaparkowany dwie godziny temu (czego nie dało się powiedzieć o jego dwóch sąsiadach). Witold z zadowoleniem zapakował więc zakupy do bagażnika i odjechał.
Pewnego dnia Bezdomny postanowił jednak sprawdzić dobroć otaczających go ludzi. Udał się więc do pobliskiego hipermarketu, gdzie wszyscy o tej porze robili zakupy. Gdy tylko przekroczył próg sklepu, zagrodziło mu drogę dwóch ochroniarzy.
- Dokąd to się szanowny pan wybiera? – spytał pierwszy
- Na zakupy – skłamał Bezdomny, lecz powiedział to dość niepewnym głosem.
- Wynoś się stąd, bo odstraszasz klientów. Śmierdzisz na kilometr. – odparł drugi.
W słowach tych było niestety sporo prawdy. Tam, gdzie mieszkał, nie było zbyt dobrego dostępu do wody, przez co normalna poranna toaleta stawała się ciągiem skomplikowanych czynności, na których wykonywanie zwykle szkoda było tracić czas i energię. Bezdomny ustawił się więc przed wejściem, na świeżym powietrzu i zaczął prosić przechodniów o chleb.
Wśród innych ludzi przechodził tamtędy Paweł. Organizował tego wieczoru skromne przyjęcie i chciał się upewnić, że nie zabraknie na stole odpowiednio wyszukanych trunków. Minął Bezdomnego i spojrzał na niego z pogardą.
- Może pan zechce mi kupić kromkę chleba?
- Odczep się, jak ci dam pieniądze to wszystko przepijesz.
- Ale je nie chcę pieniędzy, tylko pieczywa!
- Nie mam czasu szlajać się z tobą po piekarniach.
To powiedziawszy odszedł. Nie minęła chwila, gdy szybkim krokiem przeszedł Witold.
- Może pan zechce mi kupić kromkę chleba? - spróbował ponownie Bezdomny.
Tamten jednak nic nie odparł, tylko zgryźliwie się uśmiechnął i podał pół bochenka.
- Dziękuję, spotka pana za to nagroda – odparł, lecz Witold już go nie słyszał. Odszedł śpiesznie w kierunku swojego Jeepa, zaparkowanego gdzieś w odległym sektorze parkingu. Po drodze mijał zirytowanych kierowców, co chwila wygrażających w powietrzu pięściami. Początkowo obserwował ich ze zdziwieniem, lecz szybko zdał sobie sprawę z przyczyny ich zachowania. Większość samochodów w zasięgu wzroku była bowiem uszkodzona: porysowany lakier, gdzieniegdzie (choć rzadko) urwane boczne lusterko. Zaczął się martwić również o swój wóz (który zaledwie miesiąc temu odebrał z salonu) i przyśpieszył kroku. Gdy dotarł na miejsce stwierdził, że jego Jeep jest nietknięty. Stał w dokładnie takim stanie, w jakim został zaparkowany dwie godziny temu (czego nie dało się powiedzieć o jego dwóch sąsiadach). Witold z zadowoleniem zapakował więc zakupy do bagażnika i odjechał.





