wtorek, 23 grudnia 2008

Czarnoksiężnik z krainy Bez

Żył sobie w pewnym mieście ubogi Bezdomny. Mieszkał na ulicy Solidarności, pomiędzy numerem 16 i 18. Nikt nie wiedział skąd się wziął, ani dlaczego stał się Bezdomnym. Lokatorzy widywali go wprawdzie tu i ówdzie, jednak nigdy się im nie naprzykrzał, ani o nic nie prosił. Po prostu przechodził obok nich, żyjąc jakby w innym świecie.
Pewnego dnia Bezdomny postanowił jednak sprawdzić dobroć otaczających go ludzi. Udał się więc do pobliskiego hipermarketu, gdzie wszyscy o tej porze robili zakupy. Gdy tylko przekroczył próg sklepu, zagrodziło mu drogę dwóch ochroniarzy.
- Dokąd to się szanowny pan wybiera? – spytał pierwszy
- Na zakupy – skłamał Bezdomny, lecz powiedział to dość niepewnym głosem.
- Wynoś się stąd, bo odstraszasz klientów. Śmierdzisz na kilometr. – odparł drugi.
W słowach tych było niestety sporo prawdy. Tam, gdzie mieszkał, nie było zbyt dobrego dostępu do wody, przez co normalna poranna toaleta stawała się ciągiem skomplikowanych czynności, na których wykonywanie zwykle szkoda było tracić czas i energię. Bezdomny ustawił się więc przed wejściem, na świeżym powietrzu i zaczął prosić przechodniów o chleb.
Wśród innych ludzi przechodził tamtędy Paweł. Organizował tego wieczoru skromne przyjęcie i chciał się upewnić, że nie zabraknie na stole odpowiednio wyszukanych trunków. Minął Bezdomnego i spojrzał na niego z pogardą.
- Może pan zechce mi kupić kromkę chleba?
- Odczep się, jak ci dam pieniądze to wszystko przepijesz.
- Ale je nie chcę pieniędzy, tylko pieczywa!
- Nie mam czasu szlajać się z tobą po piekarniach.
To powiedziawszy odszedł. Nie minęła chwila, gdy szybkim krokiem przeszedł Witold.
- Może pan zechce mi kupić kromkę chleba? - spróbował ponownie Bezdomny.
Tamten jednak nic nie odparł, tylko zgryźliwie się uśmiechnął i podał pół bochenka.
- Dziękuję, spotka pana za to nagroda – odparł, lecz Witold już go nie słyszał. Odszedł śpiesznie w kierunku swojego Jeepa, zaparkowanego gdzieś w odległym sektorze parkingu. Po drodze mijał zirytowanych kierowców, co chwila wygrażających w powietrzu pięściami. Początkowo obserwował ich ze zdziwieniem, lecz szybko zdał sobie sprawę z przyczyny ich zachowania. Większość samochodów w zasięgu wzroku była bowiem uszkodzona: porysowany lakier, gdzieniegdzie (choć rzadko) urwane boczne lusterko. Zaczął się martwić również o swój wóz (który zaledwie miesiąc temu odebrał z salonu) i przyśpieszył kroku. Gdy dotarł na miejsce stwierdził, że jego Jeep jest nietknięty. Stał w dokładnie takim stanie, w jakim został zaparkowany dwie godziny temu (czego nie dało się powiedzieć o jego dwóch sąsiadach). Witold z zadowoleniem zapakował więc zakupy do bagażnika i odjechał.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Smerfny przerywnik...

Będąc w zeszły piątek u lekarza, natrafiłem w poczekalni na pewien plakat. Oto jego ruchoma wersja:



PS: Smerfy pochodzą z Belgii.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Lecąc w kulki

Miejsca, takie jak to, znajdują się w każdej piwnicy: w kącie, na podłodze ustawiona jest niewielka tacka. Na niej leży pomarańczowy proszek, zwykle ze względów bezpieczeństwa opakowany w torebkę. Drzwi takiej piwnicy zawsze oznaczone są tym samym napisem: „Trutka na szczury wyłożona”, obok zaś znajduje się symbol znany z butelki z denaturatem. Czasami jakiś dowcipny mieszkaniec dopisze obok „najlepiej spożyć przed…”, lub też „proszę nie podjadać”. Ciekawe jednak jest, że pomimo powszechności rozkładania trutek, rzadko kiedy widać leżącego w okolicy martwego szczura. Ludzie tłumaczą ten fenomen w najprostszy (według nich) sposób: Mówią, że jeśli trucizna jest nienaruszona, to szczurów w ich piwnicy po prostu nie ma. Cóż za szczęście! Rzeczywistość jest - jak zwykle - trochę bardziej skomplikowana. Szczury bowiem dobrze zdają sobie sprawę co znajduje się na tackach i omijają je szerokim łukiem. Dlaczego jednak ludzie próbują je otruć – tego zazwyczaj nie rozumieją.
Takie właśnie myśli zaprzątały głowę szczura Chirona, gdy siedział z fajką w zębach przy szklance whisky w swojej pracowni. Z zadowoleniem spoglądał na sześć gęsto zapisanych wzorami tablic, oraz stojącą na środku sali dziwny monument – wynik obliczeń. Rzeźba ta – o ile w ogóle zasługiwała na takie miano – stanowiła konstrukcję bardzo prymitywną, nadającą się do wystawienia najwyżej w galerii sztuki współczesnej. Zbudowana była z dwóch kul. Pierwsza leżała sztywno, trzema śrubami przymocowana do podłogi. Druga nieruchomo unosiła się w powietrzu jakiś metr nad pierwszą. Wyglądało to dość dziwacznie, zwłaszcza że górna kula nie była podwieszona na żadnych sznurkach, odpychana elektromagnesami, ani też nie użyto żadnych tego typu sztuczek. No cóż, cudów nie ma! Tak naprawdę dźwigały ją dwa grube, wygięte w półokręgi betonowe filary. Podpory te były jednak dosłownie doskonale ukryte przed okiem w czwartym wymiarze przestrzennym. I właściwie tylko to czyniło „rzeźbę” – skądinąd nie wykazującą żadnych cech dzieła sztuki – w jakikolwiek sposób wyjątkową: był to bowiem torus (lub jak zwykło się mawiać hiper-torus), którego trójwymiarowym „przecięciem” przez nasz świat były właśnie widoczne w pracowni dwie gołe kule.
Pomimo zadowolenia z udanego eksperymentu głowę Chirona (jak już napisano) zajmowały zupełnie inne sprawy. Oto bowiem wczoraj wrócił z dość nieprzyjemnej rozmowy z Gubernatorem, na którą został wezwany pisemnie. Wszyscy byli dla siebie mili, niemniej w powietrzu dało się wyczuć smród jakiejś trucizny, sączącej się wprost do szczurzych umysłów.
- Witam serdecznie wielkiego Chirona! – powitał szczura Gubernator dzielnicy, gdy tylko ten przekroczył próg jego gabinetu. Pomieszczenie urządzone było z przepychem, w jasnej norze z obszernym biurkiem. Z jednej strony za grubą szybą znajdowała się dość pokaźna kolekcja wymyślnych pułapek na myszy. Po przeciwnej niewielki monitor pokazywał wyniki ostatnich wyścigów na różnych dystansach.
- To chyba lekka przesada, wasza ekscelencjo.
- Ależ skądże, skądże! Pańska sława już dawno przekroczyła progi tego gabinetu. Napije się pan czegoś? Likier, rum, whisky, gin?
- Poproszę likieru.
Gubernator uśmiechnął się pod wąsem i napełnił dwa kieliszki. Chiron wziął jeden w łapkę i spróbował.
- Wyborny – skomentował szczerze
- Taak… importowy, z góry. – pochwalił się gospodarz.
- Wasza ekscelencja chciała się ze mną widzieć. W jakiej sprawie?
- Słyszałem o pańskiej teorii. Uważam, że to niezwykle ciekawe. – Gubernator uśmiechnął się dobrodusznie – Czy są jakieś postępy?
- Ciągle nad tym pracuję. Wyborny ten likier. Mogę prosić o dolewkę?
- Oczywiście – przytaknął Gubernator, po czym napełnił kieliszek – Zdaje pan sobie sprawę, że wyprawy na górę są coraz bardziej ryzykowne? Szlaki są penetrowane, ustawiają wciąż nowe pułapki…
- Paskudni są ci ludzie – przytaknął Chiron.
- A, no paskudni… Zna pan dobrze historię?
- Trochę, choć wolę dziedziny bardziej naukowe.
- Wie pan, że jeszcze jakieś pół tysiąca lat temu nasi przodkowie siali wśród tych dwunogich karłów postrach i zniszczenie? Po całej Europie, na grzbietach dzielnych przedstawicieli naszej rasy, rozprzestrzenianie były zabójcze wirusy, które mogły położyć kres panowaniu białego człowieka!
- Bakterie – poprawił Chiron - Gdzieś już o tym słyszałem.
- Może jeszcze dolewki?
- Nie chcę się narzucać, ale poproszę. Gubernator ponownie napełnił oba kieliszki.
- Jednakże – dopytywał się Chrion – czy przy tej okazji nie zginęli także nasi pobratymcy?
- A la guerre comme a la guerre. Trudno wygrać wojnę bez ofiar.
- Wasza ekscelencja ma całkowitą słuszność.
- Cieszę się, że sam doszedł pan do takiego wniosku. – Gubernator ponownie się uśmiechnął - W związku z tym chciałem panu zaproponować współudział w naszym projekcie.
- Mnie? Współudział?
- Tak! Potrzebujemy w naszych szeregach tak kreatywnych i inteligentnych szczurów jak pan – Gubernator rozłożył ręce w geście pełnego zaufania. – Zresztą, nie bez znaczenia jest tutaj również pański najnowszy wynalazek.
- W takim razie zamieniam się w słuch. – odparł rozentuzjazmowany – Czy mogę jeszcze likieru?

* * *

Z rozważań nad wczorajszą rozmową wyrwało Chirona pukanie do drzwi. Wstając z fotela doszedł do wniosku, że jednak dobrze zrobił odmawiając Gubernatorowi. Tak – pomyślał – ludzie zdecydowanie są paskudni, ale to jeszcze nie powód żeby ich wybijać. Dokładnie, właśnie tak powie Gubernatorowi następnym razem – postanowił. Podszedł do wizjera i zobaczył trzech szczurów z gubernatorskimi insygniami, trzymających w łapach pałki. Chiron na chwilę osłupiał. Pukanie powtórzyło się, tym razem nieco gwałtowniej.
- Pan Chiron? Proszę otworzyć, mamy nakaz przeszukania. Tymczasem Chiron w panice już ścierał wszystkie sześć tablic. Gdy skończył, rzucił gąbkę w kąt i pobiegł do kuchennym drzwi. Uchylił je, lecz za nimi również czekali policjanci. Szybko je zatrzasnął i zaryglował. Cała nora była otoczona, nie było najmniejszej szansy ucieczki.
Gdy w końcu dowódca patrolu wyłamał drzwi do pracowni, jego ludzie ujrzeli pobojowisko. Przewrócone meble, wyrzucone z nich książki, jakieś dwie kule turlające się po podłodze. Wśród całego bałaganu nigdzie nie można było odnaleźć poszukiwanego. Pozostawił po sobie jedynie rozsypane kawałki puzzli, których nie dało się złożyć:


czwartek, 23 października 2008

Czerwony Krecik spotyka Robota

Podczas jednej ze swoich licznych, podziemnych wędrówek Czerwony Krecik spotkał Robota. Maszyn zaliczał się do silnie wyspecjalizowanego podgatunku, czemu zawdzięczał dość ekstrawagancki wygląd. Większą jego część stanowiło wiertło, pośrodku którego ostrym, białym światłem promieniowało główne oko. Po bokach znajdowało się jeszcze czworo oczu pomocniczych – czerwone fotodiody, symetrycznie rozmieszczone wokół kadłuba.
A stało się to wszystko tak: W którymś z niższych tuneli ściana, naprzeciwko której stał Krecik, nagle zaczęła wibrować i osypywać się. Po chwili grudki ziemi rozprysły się na boki, ukazując kręcącą się głowę-wiertło Robota. Widząc w świetle białego oka nieznajome zwierze, Maszyn zatrzymał się. W tunelu zapanowała cisza i wymieniono kurtuazyjne powitania, tak charakterystyczne dla podziemnych spotkań.
- Czego tutaj szukasz? – spytał z zainteresowaniem Krecik.
- Pracuję. Szukam kamieni szlachetnych, rud metali lub też zakopanych skarbów.
- Jak to? – zdziwił się zwierzak – Tak ogólnie? I chciało ci się przekopać taki kawał drogi, jak nawet nie wiesz czego szukasz?
- Twoje pytanie jest dziwne. – zdziwił się Maszyn - Czemu zakładasz, że tego nie wiem?
- Przecież sam tak powiedziałeś.
- Nieprawda!
Rozmówcy spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.
- Tak możemy w nieskończoność. – odparował Krecik, po czym dorzucił przedrzeźniając metaliczny ton – Jeśli znajdziesz rudę żelaza, to Księżyc zacznie krążyć dookoła Ziemi.
- Zgadzam się.
- Z czym?
- Powiedziałeś prawdę, choć nie rozumiem po co.
- To nie była prawda. To tylko takie zdanie. Księżyc będzie krążył dookoła Ziemi, niezależnie od tego czy cokolwiek znajdziesz, czy nie.
- Zgadzam się z tym – zaproponował pojednawczo Robot.
- No więc to była bzdura!
- Nie, przed chwilą powiedziałeś bzdurę.
Zapadła krępująca cisza. W końcu obaj rozmówcy się rozeszli, nie zrozumiawszy siebie nawzajem.