Czerwony kadłub tankowca połyskiwał w świetle wschodzącego słońca. To ogromny suezmax szedł melancholijnie przez wody Zatoki Adeńskiej. Długie, łagodne fale obmywały go delikatnie. Wydawało się, że kolos zupełnie je ignorował. Po prostu powoli, lecz systematycznie sunął do przodu, chcąc jak najszybciej dostarczyć setki tysięcy baryłek ropy do klientów w Europie.
Daleko w dole, gwałtownie podskakując na fali, Zaid skierował motorówkę wzdłuż kilwateru tankowca. Ćwierć kabla z przodu druga łódź wykonała podobny manewr. W tym kącie, podchodząc od rufy, byli praktycznie niezauważalni. Szybko zbliżali się do celu. Nadbudówkia przysłoniła obie łodzie swoim długim cieniem. Pionowa ściana rufy sterczała teraz wysoko nad nimi. „L’Espérance, Marseille” głosił napis. Powyżej na lekkim wietrze powiewała francuska bandera. „Wolność, Równość, Braterstwo” zauważył Zaid „Cóż za ironia!”. Pomiędzy jego motorówką a suezmaxem zdecydowanie nie było ani równości, ani tym bardziej braterstwa. Za wolność zaś trzeba będzie drogo zapłacić!
Zaraz za rufą znajdował się obszar wzburzonej wody, wypływającej spod śrub tankowca. Zaid był jednak doświadczonym sternikiem, z pięcioma poważnymi pryzami na koncie. Bez problemu wyminął niebezpieczeństwo i podszedł do zawietrznej burty. Jego ludzie z niecierpliwością ścisnęli broń. Wystrzelona stalowa linka poszybowała wysoko w górę i zaczepiła o reling dolnego pokładu. Jeden po drugim, ludzie Zaida zaczęli się wspinać z przewieszonymi przez plecy kałasznikowami. Załoga drugiej motorówki już wbiegała na schody prowadzące na mostek. Zaid został sam, czuwając przy włączonym silniku.
Na górze, pod wielkim czerwonym napisem „No Smoking” dwóch marynarzy rozmawiało, paląc przy tym papierosy. „Przeklęte Żabojady!” pomyślał z pogardą jeden z piratów i uniósł karabin do góry. Chrząknął głośno. Na ten dźwięk marynarze odwrócili się gwałtownie, mocno zdziwieni. Dopiero wtedy zauważył, że ubrani byli w mundury francuskiej legii cudzoziemskiej. Kawałek dalej stały oparte o ścianę dwa karabinki Famas.
- ‘Ands over! – usłyszał za plecami pirat.
Na dole Zaid cierpliwie czekał w motorówce. Tymczasem na górnych pokładach rozległ się terkot strzałów i brzdęk trupów padających na metalowy pokład. Kilku piratów zdołało przeskoczyć przez reling; Po długim, bezwładnym locie z głośnym pluskiem wylądowali w morzu. Sternik ocknął się. Przeklął straszliwie, zupełnie nie spodziewając się takiego obrotu wydarzeń. Wszystkie jego akcje do tej pory odbywały się bez jednego wystrzału. Nikomu nawet włos z głowy nie spadł (ani załodze, ani jego ludziom), a jedynym poszkodowanym były zachodnie korporacje, mające i tak za dużo pieniędzy na swoich kontach. Najwyraźniej jednak tym razem miało być inaczej.
Zaid jednym ruchem maczety przeciął wszystkie liny wiążące go ze statkiem i dodał gazu, odpływając od burty. Po chwili zahamował, podejmując z wody pływających współtowarzyszy. U góry trzech legionistów wychyliło się przez reling. Ponownie rozległ się terkot karabinów. Zaid dodał więc gazu, chcąc jak najszybciej odpłynąć od przeklętego statku.
Tymczasem na pokładzie „tankowca” zaczęły pracować umieszczone pomiędzy rurami silniki potężnych wind. Z wnętrzności okrętu – stamtąd, gdzie powinny znajdować się zbiorniki z ropą – wyłoniły się na pokład dwa helikoptery w barwach marynarki wojennej. Piloci nie tracili czasu i gdy tylko znaleźli się na lądowisku uruchomili rotory. Maszyny wzniosły się w powietrze i niczym gończe psy poleciały śladem motorówek.
Tymczasem Zaid był już dość daleko od miejsca ataku, gdy usłyszał w oddali narastający łoskot wirników helikoptera.
- Przeklęte Żabojady! Czemu to zawsze oni muszą mieć ostatnie słowo?” – wycedził ze złością przez zaciśnięte zęby.
- Nie wiesz? Casino zawsze wygrywa! – rzucił mu jeden z wyciągniętych z wody współtowarzyszy, ukazując w krzywym uśmiechu zepsute zęby.
- Widać na nas już pora – dorzucił ktoś inny
- Widać… – westchnął Zaid, zdając sobie sprawę z własnego losu – Ale przynajmniej spróbujemy…
Wymienił porozumiewawcze znaki ze sternikiem drugiej motorówki i rozdzielili się: Zaid poszedł w lewo, tamci w prawo. Dwa helikoptery wykonały podobny manewr. Ten, który poleciał za Zaidem, zajął pozycję, utrzymując stały dystans za rufą łodzi.
- Granatnik! – krzyknął Zaid.
Słysząc to jeden z piratów chwycił leżącą w skrzyni wyrzutnie RPG. Wycelował w pozostający nieruchomo nad łodzią helikopter i wystrzelił. Pocisk – pozwalający zatopić duży tankowiec – niewiele mógł zdziałać przeciwko latającym obiektom. Lecąc pod wiatr, minął swój cel o niecałe dwa metry i spadł do wody. Zdawało się, ze pilot tylko na to czekał: Pochylił swoją maszynę lekko do przodu i otworzył ogień, przelatując jednocześnie w bezpiecznej odległości nad łodzią. Seria pocisków przeszła przez środek pokładu. Jeden z piratów krzyknął z bólu, trafiony w pierś. Helikopter powoli odwrócił się i ponowił atak, tym razem od strony dziobu. Zaid skręcił, wykonując szybki unik i pociski przeszły pół metra obok. Ktoś z jego ludzi próbował odpowiedzieć, strzelając z kałasznikowa. Cel był jednak za wysoko i poruszał się zbyt szybko. Częściowo przypominało to pojedynek Dawida z Goliatem. W dodatku łódź powoli zaczynała nabierać wody.
„Do trzech razy sztuka” pomyślał pilot helikoptera i po raz ostatni powtórzył swój manewr. Z góry dokładnie widział, jak jego pociski przeszywają ramie, a następnie głowę sternika. Nie lubił oglądać takich widoków. Po chwili bezwładna łódź obróciła się bokiem do fali i wywróciła. Zadanie wykonane – odetchnął z ulgą.
Daleko w dole, gwałtownie podskakując na fali, Zaid skierował motorówkę wzdłuż kilwateru tankowca. Ćwierć kabla z przodu druga łódź wykonała podobny manewr. W tym kącie, podchodząc od rufy, byli praktycznie niezauważalni. Szybko zbliżali się do celu. Nadbudówkia przysłoniła obie łodzie swoim długim cieniem. Pionowa ściana rufy sterczała teraz wysoko nad nimi. „L’Espérance, Marseille” głosił napis. Powyżej na lekkim wietrze powiewała francuska bandera. „Wolność, Równość, Braterstwo” zauważył Zaid „Cóż za ironia!”. Pomiędzy jego motorówką a suezmaxem zdecydowanie nie było ani równości, ani tym bardziej braterstwa. Za wolność zaś trzeba będzie drogo zapłacić!
Zaraz za rufą znajdował się obszar wzburzonej wody, wypływającej spod śrub tankowca. Zaid był jednak doświadczonym sternikiem, z pięcioma poważnymi pryzami na koncie. Bez problemu wyminął niebezpieczeństwo i podszedł do zawietrznej burty. Jego ludzie z niecierpliwością ścisnęli broń. Wystrzelona stalowa linka poszybowała wysoko w górę i zaczepiła o reling dolnego pokładu. Jeden po drugim, ludzie Zaida zaczęli się wspinać z przewieszonymi przez plecy kałasznikowami. Załoga drugiej motorówki już wbiegała na schody prowadzące na mostek. Zaid został sam, czuwając przy włączonym silniku.
Na górze, pod wielkim czerwonym napisem „No Smoking” dwóch marynarzy rozmawiało, paląc przy tym papierosy. „Przeklęte Żabojady!” pomyślał z pogardą jeden z piratów i uniósł karabin do góry. Chrząknął głośno. Na ten dźwięk marynarze odwrócili się gwałtownie, mocno zdziwieni. Dopiero wtedy zauważył, że ubrani byli w mundury francuskiej legii cudzoziemskiej. Kawałek dalej stały oparte o ścianę dwa karabinki Famas.
- ‘Ands over! – usłyszał za plecami pirat.
Na dole Zaid cierpliwie czekał w motorówce. Tymczasem na górnych pokładach rozległ się terkot strzałów i brzdęk trupów padających na metalowy pokład. Kilku piratów zdołało przeskoczyć przez reling; Po długim, bezwładnym locie z głośnym pluskiem wylądowali w morzu. Sternik ocknął się. Przeklął straszliwie, zupełnie nie spodziewając się takiego obrotu wydarzeń. Wszystkie jego akcje do tej pory odbywały się bez jednego wystrzału. Nikomu nawet włos z głowy nie spadł (ani załodze, ani jego ludziom), a jedynym poszkodowanym były zachodnie korporacje, mające i tak za dużo pieniędzy na swoich kontach. Najwyraźniej jednak tym razem miało być inaczej.
Zaid jednym ruchem maczety przeciął wszystkie liny wiążące go ze statkiem i dodał gazu, odpływając od burty. Po chwili zahamował, podejmując z wody pływających współtowarzyszy. U góry trzech legionistów wychyliło się przez reling. Ponownie rozległ się terkot karabinów. Zaid dodał więc gazu, chcąc jak najszybciej odpłynąć od przeklętego statku.
Tymczasem na pokładzie „tankowca” zaczęły pracować umieszczone pomiędzy rurami silniki potężnych wind. Z wnętrzności okrętu – stamtąd, gdzie powinny znajdować się zbiorniki z ropą – wyłoniły się na pokład dwa helikoptery w barwach marynarki wojennej. Piloci nie tracili czasu i gdy tylko znaleźli się na lądowisku uruchomili rotory. Maszyny wzniosły się w powietrze i niczym gończe psy poleciały śladem motorówek.
Tymczasem Zaid był już dość daleko od miejsca ataku, gdy usłyszał w oddali narastający łoskot wirników helikoptera.
- Przeklęte Żabojady! Czemu to zawsze oni muszą mieć ostatnie słowo?” – wycedził ze złością przez zaciśnięte zęby.
- Nie wiesz? Casino zawsze wygrywa! – rzucił mu jeden z wyciągniętych z wody współtowarzyszy, ukazując w krzywym uśmiechu zepsute zęby.
- Widać na nas już pora – dorzucił ktoś inny
- Widać… – westchnął Zaid, zdając sobie sprawę z własnego losu – Ale przynajmniej spróbujemy…
Wymienił porozumiewawcze znaki ze sternikiem drugiej motorówki i rozdzielili się: Zaid poszedł w lewo, tamci w prawo. Dwa helikoptery wykonały podobny manewr. Ten, który poleciał za Zaidem, zajął pozycję, utrzymując stały dystans za rufą łodzi.
- Granatnik! – krzyknął Zaid.
Słysząc to jeden z piratów chwycił leżącą w skrzyni wyrzutnie RPG. Wycelował w pozostający nieruchomo nad łodzią helikopter i wystrzelił. Pocisk – pozwalający zatopić duży tankowiec – niewiele mógł zdziałać przeciwko latającym obiektom. Lecąc pod wiatr, minął swój cel o niecałe dwa metry i spadł do wody. Zdawało się, ze pilot tylko na to czekał: Pochylił swoją maszynę lekko do przodu i otworzył ogień, przelatując jednocześnie w bezpiecznej odległości nad łodzią. Seria pocisków przeszła przez środek pokładu. Jeden z piratów krzyknął z bólu, trafiony w pierś. Helikopter powoli odwrócił się i ponowił atak, tym razem od strony dziobu. Zaid skręcił, wykonując szybki unik i pociski przeszły pół metra obok. Ktoś z jego ludzi próbował odpowiedzieć, strzelając z kałasznikowa. Cel był jednak za wysoko i poruszał się zbyt szybko. Częściowo przypominało to pojedynek Dawida z Goliatem. W dodatku łódź powoli zaczynała nabierać wody.
„Do trzech razy sztuka” pomyślał pilot helikoptera i po raz ostatni powtórzył swój manewr. Z góry dokładnie widział, jak jego pociski przeszywają ramie, a następnie głowę sternika. Nie lubił oglądać takich widoków. Po chwili bezwładna łódź obróciła się bokiem do fali i wywróciła. Zadanie wykonane – odetchnął z ulgą.