niedziela, 31 stycznia 2010

Kot Teo (3/3)

Krecik wygramolił się z nory, trzymając pudełko pod pachą. Rozłożył je i rozstawił figury.szachowe. Rozgrywkę rozpoczął kot, skacząc lewym konikiem w prawo.
- Ta teoria, którą wygłosiłeś – odezwał się kret, przesuwając pionka o dwa pola w przód - Jest twoja?
- Nie. Ja wierzę w równowagę. Tamto wyczytałem w jakichś pismach – wydaje się jednak, że nie jest pozbawiona sensu.
- Hmm… myślę, że powinieneś poczytać Sokratesa i zobaczyć, co on myślał na ten temat.
- Sokrates powiadasz? Może kiedyś przeczytam jego dzieła.
- Kiedyś przeczytasz? W takim razie ja teraz biję pionka.
- Ja też biję pionka…
Po tych słowach Krecik zaatakował królową konikiem. W odpowiedzi Teo przesunął ją na pole E4, zadając szacha. Nie był on wprawdzie groźny i król szybko został zasłonięty gońcem, jednak czarni nie mogli już wykonać roszady.
- Tak… - mruknął kret – Gdzie się nauczyłeś grać w szachy?
- U wiedźmy!
- Jakiej znowu wiedźmy??? – wykrzyknął, patrząc w tępym zdziwieniu na kota.
- Normalnej - czarownicy.
- To znaczy, takiej jak w bajce „O Jasiu i Małgosi”?
- Tak. – potwierdził z wyrazem lekkiego rozbawienia na pyszczku.
- Myślałem, że ktoś taki nie istnieje naprawdę.
- Widzę, że jesteś z tych, którzy nie wierzą w duchy i inne tego typu zjawiska?
Krecik zaprzeczył.
- Nie. Duchy parokrotnie spotykałem. Po prostu… Nie rozumiem ich.
- Tak, czy inaczej wiedźmy istnieją, a ja urodziłem się w jej chatce, tam w lesie – pokazał łapka w kierunku pobliskiego lasu, rozciągającego się za działkami. – Na imię miała Jaga. Jak większość czarownic chodziła ubrana na czarno w spiczastym kapeluszu. Jej chatka stała na małej, leśnej polanie.
- I była zbudowana z pierników? Nie rozpuściła się latem?
- Nie drwij. Oczywiście, że była zbudowana z drewna. Wyobrażasz sobie chatę z piernika, która nie rzucałaby się w oczy i ustała dłużej niż kilka dni?
- Nie, masz rację – odparł kret. – Wybacz, mów dalej.
- No więc na środku tej izby stał dość duży kocioł, w którym gotowała zioła i inne składniki eliksirów. W kątach wprawdzie były pajęczyny, ale jej to nie przeszkadzało, a ja szybko się przyzwyczaiłem. Poza tym często wykorzystywała ich pajęczyny do różnych rzeczy, gdy potrzebowała czegoś niewielkich rozmiarów, ale mocnego. Wiedziałeś, że pajęczyna jest o wiele mocniejsza od stalowej nici takich samych rozmiarów?
- Tak. W dodatku są elastyczniejsze. Poszczególna nić składa się z tzw. spidroinów i ma niezwykle skomplikowana budowę.
- Możliwe. – zgodził się kot – Tak, czy inaczej hodowała je na własny użytek. Pamiętam, że gdy skończyłem dwa lata zabrała mnie na pierwszą przejażdżkę nad lasem.
- NAD lasem?
- Tak. Każde dziecko wie, że czarownice latają na miotłach.
- Tak, ale to tylko dzieci! – odrzekł, powstrzymując się od zapytania, czemu nie przesiadła się na odkurzacz.
- Wiem, ale sam niedawno mówiłeś, że nie powinno się ignorować dziecięcych opowiadań.
Kret przytaknął. Faktycznie, może rzeczywiście powinien wysłuchać opowieści kota z większą uwagą. W końcu sporo jej elementów tworzyło w miarę logiczną całość. Oparł pyszczek na łapkach i zaczekał, aż Teo wznowi opowieść.
- Tak więc – kontynuował po chwili odpoczynku – Pierwszy przelot nad lasem to było coś! W dole śmigały zielone sosny, futerko rozwiewał wiatr. Potem lataliśmy coraz wyżej i coraz dalej. Parę razy nawet pozwoliła mi samemu polatać nad polaną. Na trzecie urodziny dostałem w prezencie własną miotłę! Wyobrażasz sobie, jak się ucieszyłem! To było dopiero coś! Miałem moją własną, mała miotełkę. Teraz już mogłem sobie bez ograniczeń latać nad lasem. To był chyba najlepszy okres w moim życiu. Jadze wiodło się dobrze i dostawałem codziennie świeże mleko i coś do jedzenia. Zacząłem się też wtedy uczyć gry w szachy.
- Z czarownicą?
- Tak. Z początku ona wygrywała, potem ja się doskonaliłem i zacząłem odnosić zwycięstwa. Zawsze, gdy dostawała mata, uśmiechała się i podsuwała mi w nagrodę miskę mleka. Pamiętam, że kiedyś rozlałem przez przypadek takie mleko na szachownicę. Z początku zrobiła złą minę, ale później uśmiechnęła się i powiedziała, że nic się nie stało. Starła mleko i nalała mi nową miskę.
Kot zamilkł na chwilę, z rozczuleniem wspominając dawne czasy. Krecikowi wydawało się, że zobaczył spadającą z pyszczka łzę, ale mógł się mylić. Po chwili Teo westchnął i kontynuował.
- Cóż, jak już mówiłem odwieczne Prawo Równowagi w końcu zadziałało. Nic, co jest dobre, nie może trwać wiecznie. Jeszcze tego samego roku zabrała mnie na Sabat na Łysej Górze. Sabat to takie coroczne spotkanie czarownic, które według tradycji odbywa się właśnie tam. Przedstawiła mnie wszystkim zgromadzonym: czarownicom i ich kotom. Inne wiedźmy, widząc mój uśmiech, przytakiwały tylko głowami i mówiło jedno, zawsze to samo zdanie: „Jest słodki”. Słysząc to cieszyłem się jeszcze bardziej, wydawało mi się bowiem, że to bardzo dobra opinia. Widziałem wtedy, że Jaga wyraźnie się czymś martwi i przez całą noc nie może spać. Podszedłem do niej, żeby trochę ją pocieszyć, ale ona tylko pogłaskała mnie za uszkiem i smutno spuściła głowę.
Następnego dnia wewnętrzny krąg oficjalnie stwierdził, że wprawdzie spełniam wymagania co do koloru sierści, koloru oczu i nie mam żadnych fizycznych braków, jednak zgodnie z przepisami nie mogę zostać kotem czarownicy, gdyż mam – jak to określono – „zbyt miękkie serce”. Prawdziwy kot powinien być straszny i budzić lęk. Ja nie chciałem tego robić, bo po co ktoś miałby się mnie bać? Nie rozumiałem tego wtedy i prawdę mówiąc do dzisiaj do końca nie rozumiem.
Szybko wróciliśmy z Jagą z tego zlotu. Przez następny rok ćwiczyliśmy razem, żeby tylko zmienić decyzje rady. Uczyłem się przy okazji historii Zgromadzenia i struktury organizacyjnej Kręgów. Wieczorami zasiadaliśmy do szachów, lecz nie było już tak wesoło jak dawniej, pomimo tego, że coraz częściej wygrywałem. Niestety – na następnym Sabacie sytuacja powtórzyła się. Dalej nie zostałem zaakceptowany. Ponad rok Jaga kłóciła się z Wewnętrznym Kręgiem. W końcu musiała ustąpić i wyrzuciła mnie z chatki. Pamiętam, ze gdy odchodziłem odwróciłem się na chwilę. Zauważyłem, że stojąc na progu miała łzy w oczach…
Teo zamilkł. Krecik opuścił łepek w zamyśleniu. W końcu rzekł.
- Cóż. To bardzo smutna historia.
- Tak. – przyznał kot – ale trudno – widać tak musiało być.
- Widać… Gdybyś miał jakieś problemy, lub czegoś potrzebował, to mieszkam tutaj w okolicy pod ziemią. Rano zawsze wychodzę, nie powinieneś mieć problemów żeby mnie znaleźć.
- Dziękuję.
Oboje spojrzeli na szachownicę. Były tam tylko cztery figury: czarny król z koniem i biały król z „biegaczem”.
- Pat.
- Na to wygląda.
- Mówiłem – to przejaw równowagi.
- Tak – uśmiechnął się kret
Kot uczuł ból i teraz dopiero spostrzegł, że ma lekko zadrapaną tylną łapkę. Pożegnał się grzecznie i poszedł z powrotem w krzaki. Krecik został jeszcze na miejscu, chowając szachownicę. Myślał o usłyszanej historii. Wszystko w niej pasowało, poza jednym szczegółem – czarownice nie istnieją. To tylko średniowieczny wymysł do straszenia grzeszników i niewiernych. Tak, czy inaczej – pomyślał – sprawia wrażenie dobrego zwierzaka. Trzeba będzie skonstruować mu jakieś mieszkanie – nie może przecież moknąć na deszczu.
Tymczasem Teo położył się w krzakach. Zastanawiał się, czy opowiedzenie całej historii było dobrym pomysłem. W końcu od czasów Inkwizycji wiedźmy starannie się ukrywają. Polizał delikatnie swoją zadrapaną nogę. Wypowiedział cicho jakieś proste zaklęcie i po chwili rana się zabliźniła. Kot zasnął.

Koniec