Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Kacze pióro: XIII Ogólnopolski Przegląd Twórczości Literackiej Dzieci i Młodzieży", Wyd. Pałac Młodzieży, Katowice 2003. Jest już dosyć stare, lecz to w nim po raz pierwszy pojawiła się postać, od której wziął się tytuł niniejszego "bloga".
Mały, czarny kot przekradał się pomiędzy dzikimi krzakami. Od jakiejś godziny był bezdomny. Błąkał się tu i tam po okolicznych działkach. Niebo stawało się coraz bardziej zachmurzone. W pewnym momencie uderzył grom i spadły pierwsze krople deszczu. Kot nie lubił wody i była to jedna z rzeczy, których był bezwzględnie pewien. Jak opętany zwinnym susem wybiegł z krzaków i popędził przed siebie, szukając jakiegoś schronienia przed wodą. Gdy przebiegł przez pole z truskawkami zobaczył tuż przy płocie leżące pod krzakami jakieś duże, zwinięte papiery. Wyglądało to jak wydanie jakiejś czarno-białej gazety dużego formatu. Nie zastanawiając się długo wskoczył pod papier. Okazało się, że był nieprzemakalny – a przynajmniej o wiele mniej przemakalny niż wszystko inne dookoła. Zmęczony kot położył się w mokrej, rozmiękczonej ziemi. Był tak zmęczony, że chwilę później zasnął.
Gdy się obudził niebo było jasne i przejrzyste. Przeciągnął się leniwie. Chciał się przewrócić wygodnie na drugi bok i zamiauczeć cicho o śniadanie, gdy zorientował się, że dzisiaj nie obudził w tym samym miejscu, w którym budził się wczoraj, czy przedwczoraj. Trudno. Będzie musiał sobie jakoś poradzić – pomyślał. Wygramolił się z papierów w których nocował. Spojrzał na nie przez moment, by dowiedzieć się, czemu zawdzięcza schronienie. Były to stare plakaty Amnesty International sprzed roku. Lecz tego kot nie mógł wiedzieć. Widział natomiast chude twarze dzieci – poobijane, ze szramami na twarzy. Poprzez skórę można było liczyć żebra. Nie miały na twarzach uśmiechu charakterystycznego dla dzieci w tym wieku. Dookoła nich latały muchy. Całe roje much.
Kot poczuł najgorsze uczucie, jakie znał – bezradność. Takie widoki zawsze budziły w nim współczucie. Z tego powodu nigdy nawet nie przeglądał gazet – zawsze było tam tyle tragedii i smutnych historii. Poczuł jak z oka wypływa mu mokra kropelka, po chwili dochodzi do skraju pyszczka i spada na ziemię. Opuścił łebek. Dlaczego nie może na to nic poradzić? Dlaczego nie może im pomóc? Z bólem odwrócił głowę i rozpłakał się.
Odwieczne Prawo Równowagi!
W tym stanie zastały go Siostry Dżdżownice. Po uważnym obejrzeniu tego dziwnego – jak dla nich – zjawiska wymieniły między sobą kilka szeptów i odezwały się do niego.
- Ej, ty! Wielki!
Kot rozejrzał się dookoła. Gdy dostrzegł dżdżownicę, otarł łapką mokry nosek. Przełknął ślinę i odezwał się cichym głosem:
- Tak?
- Czy mnie może „oczy” mylą, czy jesteś kotem?
To, że był kotem było kolejną rzeczą, której był bezwzględnie pewien. Popatrzył więc tylko na swego rozmówcę i przytaknął łebkiem.
- Aha! – siostry znowu wymieniły między sobą kilka szeptów, z których kot wyłapał jedynie słowo „Czerwony”. Speszył się jednak, gdyż pomyślał, że to bardzo źle i głupio podsłuchiwać – nawet przypadkowo – cudze rozmowy. Tymczasem siostry się naradziły i zachichotały. – Więc jesteś kotem, potomkiem i-lub krewnym tygrysów, lwów, panter i tym podobnych?
O tym ostatnim nic nie wiedział. Oglądał kiedyś jedynie bajki o „Różowej Panterze”, ale to chyba nie było to, o co chodziło dżdżownicom, więc odpowiedział, że tego akurat nie wie, choć jest to możliwe.
- Jeżeli jesteś kotem, to musisz być ich potomkiem i-lub krewnym. – skwitowały wypowiedź
- Więc wygląda na to, że jestem – odparł obojętnie.
Po tych słowach dwa małe zwierzątka zaczęły pełzać dookoła i uważnie się przyglądać. Na początku zdążyły już zauważyć, że nowe zwierzę dziwnie się zachowuje na widok tych papierów. Teraz wystarczyło to tylko wykorzystać.
- Cóż… – odezwała się jedna z nich – Wiesz, kto to tu wyrzucił?
Kot zamiauczał, o ile można to było tak nazwać. Właściwie z jego małego gardełka nie wydobył się żaden głos, a jedynie otworzył szeroko pyszczek, jakby chciał ziewnąć. Lecz w absolutnej ciszy wprawione ucho mogłoby usłyszeć ciche, znajdujące się na progu słyszalności, piskliwe miauknięcie.
- My wiemy, kto to tu wyrzucił – kontynuowała wątek jedna z dżdżownic
- Co? – zainteresował się nagle kot
- Mówię, że wiem kto to tu wyrzuca! Jest władcą tego i chce zachować wszystko dla siebie! - zachichotała
- Jest władcą? To znaczy, że to wszystko przez niego?
- Tak! I jeszcze wiele innych złych rzeczy.
- I wy mu na to pozwalacie?
- Boimy się! Powiedział, że jeżeli zrobimy coś z tymi papierami to on nam powyrywa segmenty.
- Ale teraz, kiedy ty tu jesteś…
- Kto to robi?
- Cóż… ukrywa się pod ziemią.
Kot wyprężył się. Dawno temu słyszał, że wszystkie zwierzęta żyjące pod ziemią są złe. Teraz miał na to niezbity dowód!
- Kto to?
- To kret, który ma futerko w czerwonym kolorze.
- Czerwone futerko?
- Tak! To komunista i do tego nosi okulary!
- Dobrze – odparł kot – Porozmawiam z nim.
Dżdżownice zachichotały miedzy sobą i podskoczyły z radości. Po takiej rozmowie niewiele z kreta zostanie – pomyślały i schowały się pod ziemię, bynajmniej nie ze wstydu.
Tymczasem kot nie wierzył własnym uszom. Po raz pierwszy w swojej historii mógł zrobić coś dla poprawienia świata! To niebywałe. Czyżby niezwykłym zbiegiem okoliczności trafił na jakąś anomalię w odwiecznym Prawie Równowagi? A może równowaga jest tylko mitem i tak naprawdę nie istnieje? Wiele razy już myślał o tym, ale zawsze wychodziło mu to samo – ktoś musi cierpieć, żeby ktoś inny mógł żyć w radości. Na tym polega równowaga. W pewnym stopniu uzasadnia ona cierpienie i nadaje mu jakiś sens. Z drugiej strony mówi, że tak naprawdę nie można poprawić losu cierpiących, bo zawsze w miejsce starego zła powstanie nowe. Nie było innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z tym. Kot zrobił to już dawno temu. Teraz jednak rozmowa z dżdżownicami tchnęła w niego nową nadzieję.
c.d.n.
Mały, czarny kot przekradał się pomiędzy dzikimi krzakami. Od jakiejś godziny był bezdomny. Błąkał się tu i tam po okolicznych działkach. Niebo stawało się coraz bardziej zachmurzone. W pewnym momencie uderzył grom i spadły pierwsze krople deszczu. Kot nie lubił wody i była to jedna z rzeczy, których był bezwzględnie pewien. Jak opętany zwinnym susem wybiegł z krzaków i popędził przed siebie, szukając jakiegoś schronienia przed wodą. Gdy przebiegł przez pole z truskawkami zobaczył tuż przy płocie leżące pod krzakami jakieś duże, zwinięte papiery. Wyglądało to jak wydanie jakiejś czarno-białej gazety dużego formatu. Nie zastanawiając się długo wskoczył pod papier. Okazało się, że był nieprzemakalny – a przynajmniej o wiele mniej przemakalny niż wszystko inne dookoła. Zmęczony kot położył się w mokrej, rozmiękczonej ziemi. Był tak zmęczony, że chwilę później zasnął.
Gdy się obudził niebo było jasne i przejrzyste. Przeciągnął się leniwie. Chciał się przewrócić wygodnie na drugi bok i zamiauczeć cicho o śniadanie, gdy zorientował się, że dzisiaj nie obudził w tym samym miejscu, w którym budził się wczoraj, czy przedwczoraj. Trudno. Będzie musiał sobie jakoś poradzić – pomyślał. Wygramolił się z papierów w których nocował. Spojrzał na nie przez moment, by dowiedzieć się, czemu zawdzięcza schronienie. Były to stare plakaty Amnesty International sprzed roku. Lecz tego kot nie mógł wiedzieć. Widział natomiast chude twarze dzieci – poobijane, ze szramami na twarzy. Poprzez skórę można było liczyć żebra. Nie miały na twarzach uśmiechu charakterystycznego dla dzieci w tym wieku. Dookoła nich latały muchy. Całe roje much.
Kot poczuł najgorsze uczucie, jakie znał – bezradność. Takie widoki zawsze budziły w nim współczucie. Z tego powodu nigdy nawet nie przeglądał gazet – zawsze było tam tyle tragedii i smutnych historii. Poczuł jak z oka wypływa mu mokra kropelka, po chwili dochodzi do skraju pyszczka i spada na ziemię. Opuścił łebek. Dlaczego nie może na to nic poradzić? Dlaczego nie może im pomóc? Z bólem odwrócił głowę i rozpłakał się.
Odwieczne Prawo Równowagi!
W tym stanie zastały go Siostry Dżdżownice. Po uważnym obejrzeniu tego dziwnego – jak dla nich – zjawiska wymieniły między sobą kilka szeptów i odezwały się do niego.
- Ej, ty! Wielki!
Kot rozejrzał się dookoła. Gdy dostrzegł dżdżownicę, otarł łapką mokry nosek. Przełknął ślinę i odezwał się cichym głosem:
- Tak?
- Czy mnie może „oczy” mylą, czy jesteś kotem?
To, że był kotem było kolejną rzeczą, której był bezwzględnie pewien. Popatrzył więc tylko na swego rozmówcę i przytaknął łebkiem.
- Aha! – siostry znowu wymieniły między sobą kilka szeptów, z których kot wyłapał jedynie słowo „Czerwony”. Speszył się jednak, gdyż pomyślał, że to bardzo źle i głupio podsłuchiwać – nawet przypadkowo – cudze rozmowy. Tymczasem siostry się naradziły i zachichotały. – Więc jesteś kotem, potomkiem i-lub krewnym tygrysów, lwów, panter i tym podobnych?
O tym ostatnim nic nie wiedział. Oglądał kiedyś jedynie bajki o „Różowej Panterze”, ale to chyba nie było to, o co chodziło dżdżownicom, więc odpowiedział, że tego akurat nie wie, choć jest to możliwe.
- Jeżeli jesteś kotem, to musisz być ich potomkiem i-lub krewnym. – skwitowały wypowiedź
- Więc wygląda na to, że jestem – odparł obojętnie.
Po tych słowach dwa małe zwierzątka zaczęły pełzać dookoła i uważnie się przyglądać. Na początku zdążyły już zauważyć, że nowe zwierzę dziwnie się zachowuje na widok tych papierów. Teraz wystarczyło to tylko wykorzystać.
- Cóż… – odezwała się jedna z nich – Wiesz, kto to tu wyrzucił?
Kot zamiauczał, o ile można to było tak nazwać. Właściwie z jego małego gardełka nie wydobył się żaden głos, a jedynie otworzył szeroko pyszczek, jakby chciał ziewnąć. Lecz w absolutnej ciszy wprawione ucho mogłoby usłyszeć ciche, znajdujące się na progu słyszalności, piskliwe miauknięcie.
- My wiemy, kto to tu wyrzucił – kontynuowała wątek jedna z dżdżownic
- Co? – zainteresował się nagle kot
- Mówię, że wiem kto to tu wyrzuca! Jest władcą tego i chce zachować wszystko dla siebie! - zachichotała
- Jest władcą? To znaczy, że to wszystko przez niego?
- Tak! I jeszcze wiele innych złych rzeczy.
- I wy mu na to pozwalacie?
- Boimy się! Powiedział, że jeżeli zrobimy coś z tymi papierami to on nam powyrywa segmenty.
- Ale teraz, kiedy ty tu jesteś…
- Kto to robi?
- Cóż… ukrywa się pod ziemią.
Kot wyprężył się. Dawno temu słyszał, że wszystkie zwierzęta żyjące pod ziemią są złe. Teraz miał na to niezbity dowód!
- Kto to?
- To kret, który ma futerko w czerwonym kolorze.
- Czerwone futerko?
- Tak! To komunista i do tego nosi okulary!
- Dobrze – odparł kot – Porozmawiam z nim.
Dżdżownice zachichotały miedzy sobą i podskoczyły z radości. Po takiej rozmowie niewiele z kreta zostanie – pomyślały i schowały się pod ziemię, bynajmniej nie ze wstydu.
Tymczasem kot nie wierzył własnym uszom. Po raz pierwszy w swojej historii mógł zrobić coś dla poprawienia świata! To niebywałe. Czyżby niezwykłym zbiegiem okoliczności trafił na jakąś anomalię w odwiecznym Prawie Równowagi? A może równowaga jest tylko mitem i tak naprawdę nie istnieje? Wiele razy już myślał o tym, ale zawsze wychodziło mu to samo – ktoś musi cierpieć, żeby ktoś inny mógł żyć w radości. Na tym polega równowaga. W pewnym stopniu uzasadnia ona cierpienie i nadaje mu jakiś sens. Z drugiej strony mówi, że tak naprawdę nie można poprawić losu cierpiących, bo zawsze w miejsce starego zła powstanie nowe. Nie było innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z tym. Kot zrobił to już dawno temu. Teraz jednak rozmowa z dżdżownicami tchnęła w niego nową nadzieję.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz