niedziela, 31 stycznia 2010

Kot Teo (3/3)

Krecik wygramolił się z nory, trzymając pudełko pod pachą. Rozłożył je i rozstawił figury.szachowe. Rozgrywkę rozpoczął kot, skacząc lewym konikiem w prawo.
- Ta teoria, którą wygłosiłeś – odezwał się kret, przesuwając pionka o dwa pola w przód - Jest twoja?
- Nie. Ja wierzę w równowagę. Tamto wyczytałem w jakichś pismach – wydaje się jednak, że nie jest pozbawiona sensu.
- Hmm… myślę, że powinieneś poczytać Sokratesa i zobaczyć, co on myślał na ten temat.
- Sokrates powiadasz? Może kiedyś przeczytam jego dzieła.
- Kiedyś przeczytasz? W takim razie ja teraz biję pionka.
- Ja też biję pionka…
Po tych słowach Krecik zaatakował królową konikiem. W odpowiedzi Teo przesunął ją na pole E4, zadając szacha. Nie był on wprawdzie groźny i król szybko został zasłonięty gońcem, jednak czarni nie mogli już wykonać roszady.
- Tak… - mruknął kret – Gdzie się nauczyłeś grać w szachy?
- U wiedźmy!
- Jakiej znowu wiedźmy??? – wykrzyknął, patrząc w tępym zdziwieniu na kota.
- Normalnej - czarownicy.
- To znaczy, takiej jak w bajce „O Jasiu i Małgosi”?
- Tak. – potwierdził z wyrazem lekkiego rozbawienia na pyszczku.
- Myślałem, że ktoś taki nie istnieje naprawdę.
- Widzę, że jesteś z tych, którzy nie wierzą w duchy i inne tego typu zjawiska?
Krecik zaprzeczył.
- Nie. Duchy parokrotnie spotykałem. Po prostu… Nie rozumiem ich.
- Tak, czy inaczej wiedźmy istnieją, a ja urodziłem się w jej chatce, tam w lesie – pokazał łapka w kierunku pobliskiego lasu, rozciągającego się za działkami. – Na imię miała Jaga. Jak większość czarownic chodziła ubrana na czarno w spiczastym kapeluszu. Jej chatka stała na małej, leśnej polanie.
- I była zbudowana z pierników? Nie rozpuściła się latem?
- Nie drwij. Oczywiście, że była zbudowana z drewna. Wyobrażasz sobie chatę z piernika, która nie rzucałaby się w oczy i ustała dłużej niż kilka dni?
- Nie, masz rację – odparł kret. – Wybacz, mów dalej.
- No więc na środku tej izby stał dość duży kocioł, w którym gotowała zioła i inne składniki eliksirów. W kątach wprawdzie były pajęczyny, ale jej to nie przeszkadzało, a ja szybko się przyzwyczaiłem. Poza tym często wykorzystywała ich pajęczyny do różnych rzeczy, gdy potrzebowała czegoś niewielkich rozmiarów, ale mocnego. Wiedziałeś, że pajęczyna jest o wiele mocniejsza od stalowej nici takich samych rozmiarów?
- Tak. W dodatku są elastyczniejsze. Poszczególna nić składa się z tzw. spidroinów i ma niezwykle skomplikowana budowę.
- Możliwe. – zgodził się kot – Tak, czy inaczej hodowała je na własny użytek. Pamiętam, że gdy skończyłem dwa lata zabrała mnie na pierwszą przejażdżkę nad lasem.
- NAD lasem?
- Tak. Każde dziecko wie, że czarownice latają na miotłach.
- Tak, ale to tylko dzieci! – odrzekł, powstrzymując się od zapytania, czemu nie przesiadła się na odkurzacz.
- Wiem, ale sam niedawno mówiłeś, że nie powinno się ignorować dziecięcych opowiadań.
Kret przytaknął. Faktycznie, może rzeczywiście powinien wysłuchać opowieści kota z większą uwagą. W końcu sporo jej elementów tworzyło w miarę logiczną całość. Oparł pyszczek na łapkach i zaczekał, aż Teo wznowi opowieść.
- Tak więc – kontynuował po chwili odpoczynku – Pierwszy przelot nad lasem to było coś! W dole śmigały zielone sosny, futerko rozwiewał wiatr. Potem lataliśmy coraz wyżej i coraz dalej. Parę razy nawet pozwoliła mi samemu polatać nad polaną. Na trzecie urodziny dostałem w prezencie własną miotłę! Wyobrażasz sobie, jak się ucieszyłem! To było dopiero coś! Miałem moją własną, mała miotełkę. Teraz już mogłem sobie bez ograniczeń latać nad lasem. To był chyba najlepszy okres w moim życiu. Jadze wiodło się dobrze i dostawałem codziennie świeże mleko i coś do jedzenia. Zacząłem się też wtedy uczyć gry w szachy.
- Z czarownicą?
- Tak. Z początku ona wygrywała, potem ja się doskonaliłem i zacząłem odnosić zwycięstwa. Zawsze, gdy dostawała mata, uśmiechała się i podsuwała mi w nagrodę miskę mleka. Pamiętam, że kiedyś rozlałem przez przypadek takie mleko na szachownicę. Z początku zrobiła złą minę, ale później uśmiechnęła się i powiedziała, że nic się nie stało. Starła mleko i nalała mi nową miskę.
Kot zamilkł na chwilę, z rozczuleniem wspominając dawne czasy. Krecikowi wydawało się, że zobaczył spadającą z pyszczka łzę, ale mógł się mylić. Po chwili Teo westchnął i kontynuował.
- Cóż, jak już mówiłem odwieczne Prawo Równowagi w końcu zadziałało. Nic, co jest dobre, nie może trwać wiecznie. Jeszcze tego samego roku zabrała mnie na Sabat na Łysej Górze. Sabat to takie coroczne spotkanie czarownic, które według tradycji odbywa się właśnie tam. Przedstawiła mnie wszystkim zgromadzonym: czarownicom i ich kotom. Inne wiedźmy, widząc mój uśmiech, przytakiwały tylko głowami i mówiło jedno, zawsze to samo zdanie: „Jest słodki”. Słysząc to cieszyłem się jeszcze bardziej, wydawało mi się bowiem, że to bardzo dobra opinia. Widziałem wtedy, że Jaga wyraźnie się czymś martwi i przez całą noc nie może spać. Podszedłem do niej, żeby trochę ją pocieszyć, ale ona tylko pogłaskała mnie za uszkiem i smutno spuściła głowę.
Następnego dnia wewnętrzny krąg oficjalnie stwierdził, że wprawdzie spełniam wymagania co do koloru sierści, koloru oczu i nie mam żadnych fizycznych braków, jednak zgodnie z przepisami nie mogę zostać kotem czarownicy, gdyż mam – jak to określono – „zbyt miękkie serce”. Prawdziwy kot powinien być straszny i budzić lęk. Ja nie chciałem tego robić, bo po co ktoś miałby się mnie bać? Nie rozumiałem tego wtedy i prawdę mówiąc do dzisiaj do końca nie rozumiem.
Szybko wróciliśmy z Jagą z tego zlotu. Przez następny rok ćwiczyliśmy razem, żeby tylko zmienić decyzje rady. Uczyłem się przy okazji historii Zgromadzenia i struktury organizacyjnej Kręgów. Wieczorami zasiadaliśmy do szachów, lecz nie było już tak wesoło jak dawniej, pomimo tego, że coraz częściej wygrywałem. Niestety – na następnym Sabacie sytuacja powtórzyła się. Dalej nie zostałem zaakceptowany. Ponad rok Jaga kłóciła się z Wewnętrznym Kręgiem. W końcu musiała ustąpić i wyrzuciła mnie z chatki. Pamiętam, ze gdy odchodziłem odwróciłem się na chwilę. Zauważyłem, że stojąc na progu miała łzy w oczach…
Teo zamilkł. Krecik opuścił łepek w zamyśleniu. W końcu rzekł.
- Cóż. To bardzo smutna historia.
- Tak. – przyznał kot – ale trudno – widać tak musiało być.
- Widać… Gdybyś miał jakieś problemy, lub czegoś potrzebował, to mieszkam tutaj w okolicy pod ziemią. Rano zawsze wychodzę, nie powinieneś mieć problemów żeby mnie znaleźć.
- Dziękuję.
Oboje spojrzeli na szachownicę. Były tam tylko cztery figury: czarny król z koniem i biały król z „biegaczem”.
- Pat.
- Na to wygląda.
- Mówiłem – to przejaw równowagi.
- Tak – uśmiechnął się kret
Kot uczuł ból i teraz dopiero spostrzegł, że ma lekko zadrapaną tylną łapkę. Pożegnał się grzecznie i poszedł z powrotem w krzaki. Krecik został jeszcze na miejscu, chowając szachownicę. Myślał o usłyszanej historii. Wszystko w niej pasowało, poza jednym szczegółem – czarownice nie istnieją. To tylko średniowieczny wymysł do straszenia grzeszników i niewiernych. Tak, czy inaczej – pomyślał – sprawia wrażenie dobrego zwierzaka. Trzeba będzie skonstruować mu jakieś mieszkanie – nie może przecież moknąć na deszczu.
Tymczasem Teo położył się w krzakach. Zastanawiał się, czy opowiedzenie całej historii było dobrym pomysłem. W końcu od czasów Inkwizycji wiedźmy starannie się ukrywają. Polizał delikatnie swoją zadrapaną nogę. Wypowiedział cicho jakieś proste zaklęcie i po chwili rana się zabliźniła. Kot zasnął.

Koniec

sobota, 23 stycznia 2010

Kot Teo (2/3)

Kot Teo węszył wśród krzaków, rozglądając się za kopcem kreta. Wprawdzie nigdy w życiu takiego kopca nie widział, wydawało mu się jednak że nie będzie miał problemów z rozpoznaniem takowego, gdy już go zobaczy. W okolicy nie było jednak niczego, co mogłoby owy charakterystyczny kopiec przypominać, więc lekko zrezygnowany postanowił położyć się na ziemi i wreszcie dokończyć poranną toaletę, to znaczy oblizać łapki.
Gdy tak siedział, w pewnej odległości od niego wyrosła ponad poziom gruntu kupka ziemi i wychyliło się z niej zwierzę. Było o tyle dziwne, że w odróżnieniu od większości zwierząt podziemnych posiadało czerwone - a właściwie brudno-czerwone - futerko. Rozejrzało się dookoła i założyło okulary. Były dość specyficzne, jako że nie posiadały tych dziwnych zagięć na końcu, charakterystycznych dla ludzkich urządzeń tego typu. W przypadku kretów byłyby one bezsensowne, gdyż zwierzęta te nie posiadają typowych dla człowieka odstających uszu. Okulary wyposażono natomiast w sprężyny, które delikatnie dociskały się do futerka, skutecznie zapobiegając spadnięciu.
Kot i kret zauważyli swoją obecność. Spojrzeli na siebie nieufnie. Kot spróbował groźnie zamiauczeć, ale natura nie obdarzyła go silnym głosem. Kret nie dał się sprowokować i poprawił okulary na nosie. Widząc to kot doszedł do wniosku, że jego przeciwnik nie spróbuje go zaatakować i zanim zacznie mu tłumaczyć, że pewne rzeczy są złe, powinien się przywitać i przedstawić. Podszedł więc trochę bliżej.
- Dzień dobry! Jestem Teo, kot.
- Miło mi! Na mnie mówią po prostu Czerwony Krecik.
- Aha! Krwawy Krecik – powtórzył lekko zmieszany po cichu.
- Nie Krwawy, tylko Czerwony – poprawił – Dlaczego akurat krwawy? Czerwony, bo to kolor futerka!
- No tak! – powiedział kot i nabrał powietrza. Musiał wszystko dobrze przemyśleć. Rozmowa o dobru i złu – w dodatku taka, która miała za zadanie zwiększyć to pierwsze – powinna być przeprowadzona spokojnie, tak, by dała jakieś efekty. Krecik patrzył się spokojnie w kierunku przybysza. Ten odchrząknął i przemówił.
- W zasadzie… Chyba zdajesz sobie sprawę, że jest coś takiego jak dobro i zło
- Oczywiście – uśmiechnął się delikatnie rozmówca
- Dobrze. – stwierdził Teo, zadowolony że jakoś udało mu się zacząć – Możemy chyba przyjąć, że intuicyjnie wiemy czym jest jedno i drugie. Nie musimy tego definiować, prawda? – spytał lękliwym głosem. W duszy miał nadzieję, że kret zgodzi się z nim i nie zapragnie powiedzieć „nie”.
- Hmm… Skoro się upierasz… Niech i tak będzie… - głos miał wyraźnie rozbawiony; W końcu nie przeprowadza się rozmów na takie tematy z pierwszym, lepszym napotkanym przechodniem.
- Dobrze. – powiedział coraz bardziej zadowolony z siebie kot. – Popatrz teraz uważnie na świat, który nas otacza i na istoty w nim żyjącym. Są ludzie – chociaż niestety jest to rzadkością - którzy robią pewne rzeczy dlatego, że są one dobre. Zgodzisz się chyba ze mną?
- Hmm… Raczej tak.
- Dobrze. Spróbuj teraz pomyśleć o człowieku, który czyni zło.
- Tak. – zastanowił się - Powiedzmy złodziej samochodów.
- Dobrze… ale złodziej nie kradnie tego samochodu po to, by czynić zło.
- Nie?
- Nie. On go kradnie, by zdobyć pieniądze. Zło jest przy tym tylko skutkiem ubocznym! – niemalże wykrzyknął tryumfalnie - Podaj kolejny przykład!
- Hmm… morderca.
- Płatny morderca? Ma takie same powody jak złodziej, a zło znowu powstaje w sposób „niecelowy”
- Hmm… a zwykły morderca?
- Jeżeli jest zdrowy, to zawsze ma jakieś swoje powody, dla których to robi. Tak naprawdę po prostu nie dostrzega, albo nie zdaje sobie sprawy ze zła, jakie wyrządza! – wykrzyknął ponownie, tym razem już nie mogąc opanować swojej euforii.
Kret zastanowił się przez chwilę i spróbował sobie wyobrazić zdrowego na umyśle człowieka, który zabijałby lub kradł tylko dlatego, że to jest złe. Istotnie – byłoby to trochę absurdalne. Nie trochę – byłoby to nawet mocno absurdalne. Z tego można wysunąć cała serię ciekawych wniosków. Byłoby to bardzo dobrym tematem badań dla „Instytutu”- pomyślał. Spojrzał na Tea i odezwał się
- Faktycznie, sprawia wrażenie prawdziwej teorii.
- Właśnie. – uradował się kot – Teraz widzisz, że tak naprawdę na świecie nie ma naturalnego zła w czystej postaci, jest za to naturalne dobro w czystej postaci! To chyba o czymś świadczy, prawda?
- Tak, tak. Wygląda na to, że masz rację.
- Widzisz. Skoro tak, to dlaczego nie zarzucisz swoich praktyk?
Kret spojrzał na niego, jak na przybysza z innej planety.
- Jakich praktyk?
No tak – pomyślał Teo – powinien się spodziewać, że teoria teorią, ale w praktyce będą problemy.
- Te z dziećmi! – wykrzyknął zirytowany – Nie udawaj, że nic nie wiesz!
- Kiedy ja naprawdę o niczym nie wiem!
- A te dwie dżdżownice?
- Jakie dżdżownice? Spotkałeś się z Siostrami Dżdżownicami?
- No… chyba tak.
- I co ci naopowiadały?
- Że ty i ten plakat w krzakach… I te dzieci… I w ogóle…
- Widzisz przyjacielu, obawiam się, że naopowiadały Ci nieprawdy.
- Jak to? – spytał niedowierzając – Jak mogły kłamać?
- Hmm… Siostry Dżdżownice to… jakby to delikatnie powiedzieć… specyficzne osoby…
- Dlatego kłamały???
- No… Widzisz… Po prostu nie za bardzo się z nimi dogaduję.
- Ale czemu?
- Widzisz, jak zapewne wiesz większość zwierząt żyjących pod ziemią – w tym większość kretów - jest koloru czarnego.
- Tak, ale jakie to ma znaczenie?
- Ja, jak zapewne zauważyłeś, mam futerko czerwone. Dlatego właśnie dżdżownice mnie nie lubią i próbowały nasłać na mnie Ciebie.
- Tak po prostu, przez kolor futerka?
- No… tak.
- To bez sensu!
- Hmm… Podobno kiedyś czerwonych kretów było więcej. Niestety wówczas nasze społeczeństwo było bardzo zabobonne i uważało, że czerwone futerko symbolizuje inteligencję i wyższość intelektualną. Tak naprawdę czerwone krety chciały tylko wyznaczyć nową drogę dla kreciego gatunku, wprowadzić pewne wynalazki, upowszechnić naukę. Niestety musisz wiedzieć, że krety są z natury tradycjonalistami i niechętnie poddają się wszelkim zmianom. (Ja do dzisiaj nie mam w norce porządnej klimatyzacji, ze względu na tradycje kreciego budownictwa) Stopniowo niechęć narastała, aż w końcu pewien czarny kret – którego imię tradycja nakazuje przemilczeć – podburzył resztę przeciwko inteligencji, czyli czerwonym i wymordował większość z nich; Zamknął w tunelu i zalał wodą.
- Przykre… Jak coś takiego można było zrobić?
- A jednak… To były stare czasy. Teraz już od kilku pokoleń żyjemy w zgodzie i dobrze nam się wiedzie. Jest teraz bezpiecznie, ale i tak wolę się ludziom nie pokazywać. Wiesz, większość z nich nigdy nie widziała czerwonego kreta i gdyby mnie zobaczyli, mógłbym zostać zamknięty w jednym z tych ichnich śmiesznych ogrodów. Chociaż znam kilkoro dzieci z tamtego osiedla i często rozwiązuję za nie zadania z matematyki.
- Nie boisz się?
- Nie. Ludzie to specyficzny gatunek. Tam dzieciom i tak nikt nie uwierzy! Umiesz grać w szachy?
- Czy umiem? Uwielbiam.
- Ooo! – zdziwił się kret – to świetnie! Skoczę tylko do norki przynieść szachownicę i pogadamy!
To powiedziawszy zniknął w głębi kopca. Teo zaś został na powierzchni sam, rozważając jak to możliwe, że go okłamano.

c.d.n.

niedziela, 17 stycznia 2010

Kot Teo (1/3)

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Kacze pióro: XIII Ogólnopolski Przegląd Twórczości Literackiej Dzieci i Młodzieży", Wyd. Pałac Młodzieży, Katowice 2003. Jest już dosyć stare, lecz to w nim po raz pierwszy pojawiła się postać, od której wziął się tytuł niniejszego "bloga".


Mały, czarny kot przekradał się pomiędzy dzikimi krzakami. Od jakiejś godziny był bezdomny. Błąkał się tu i tam po okolicznych działkach. Niebo stawało się coraz bardziej zachmurzone. W pewnym momencie uderzył grom i spadły pierwsze krople deszczu. Kot nie lubił wody i była to jedna z rzeczy, których był bezwzględnie pewien. Jak opętany zwinnym susem wybiegł z krzaków i popędził przed siebie, szukając jakiegoś schronienia przed wodą. Gdy przebiegł przez pole z truskawkami zobaczył tuż przy płocie leżące pod krzakami jakieś duże, zwinięte papiery. Wyglądało to jak wydanie jakiejś czarno-białej gazety dużego formatu. Nie zastanawiając się długo wskoczył pod papier. Okazało się, że był nieprzemakalny – a przynajmniej o wiele mniej przemakalny niż wszystko inne dookoła. Zmęczony kot położył się w mokrej, rozmiękczonej ziemi. Był tak zmęczony, że chwilę później zasnął.
Gdy się obudził niebo było jasne i przejrzyste. Przeciągnął się leniwie. Chciał się przewrócić wygodnie na drugi bok i zamiauczeć cicho o śniadanie, gdy zorientował się, że dzisiaj nie obudził w tym samym miejscu, w którym budził się wczoraj, czy przedwczoraj. Trudno. Będzie musiał sobie jakoś poradzić – pomyślał. Wygramolił się z papierów w których nocował. Spojrzał na nie przez moment, by dowiedzieć się, czemu zawdzięcza schronienie. Były to stare plakaty Amnesty International sprzed roku. Lecz tego kot nie mógł wiedzieć. Widział natomiast chude twarze dzieci – poobijane, ze szramami na twarzy. Poprzez skórę można było liczyć żebra. Nie miały na twarzach uśmiechu charakterystycznego dla dzieci w tym wieku. Dookoła nich latały muchy. Całe roje much.
Kot poczuł najgorsze uczucie, jakie znał – bezradność. Takie widoki zawsze budziły w nim współczucie. Z tego powodu nigdy nawet nie przeglądał gazet – zawsze było tam tyle tragedii i smutnych historii. Poczuł jak z oka wypływa mu mokra kropelka, po chwili dochodzi do skraju pyszczka i spada na ziemię. Opuścił łebek. Dlaczego nie może na to nic poradzić? Dlaczego nie może im pomóc? Z bólem odwrócił głowę i rozpłakał się.
Odwieczne Prawo Równowagi!
W tym stanie zastały go Siostry Dżdżownice. Po uważnym obejrzeniu tego dziwnego – jak dla nich – zjawiska wymieniły między sobą kilka szeptów i odezwały się do niego.
- Ej, ty! Wielki!
Kot rozejrzał się dookoła. Gdy dostrzegł dżdżownicę, otarł łapką mokry nosek. Przełknął ślinę i odezwał się cichym głosem:
- Tak?
- Czy mnie może „oczy” mylą, czy jesteś kotem?
To, że był kotem było kolejną rzeczą, której był bezwzględnie pewien. Popatrzył więc tylko na swego rozmówcę i przytaknął łebkiem.
- Aha! – siostry znowu wymieniły między sobą kilka szeptów, z których kot wyłapał jedynie słowo „Czerwony”. Speszył się jednak, gdyż pomyślał, że to bardzo źle i głupio podsłuchiwać – nawet przypadkowo – cudze rozmowy. Tymczasem siostry się naradziły i zachichotały. – Więc jesteś kotem, potomkiem i-lub krewnym tygrysów, lwów, panter i tym podobnych?
O tym ostatnim nic nie wiedział. Oglądał kiedyś jedynie bajki o „Różowej Panterze”, ale to chyba nie było to, o co chodziło dżdżownicom, więc odpowiedział, że tego akurat nie wie, choć jest to możliwe.
- Jeżeli jesteś kotem, to musisz być ich potomkiem i-lub krewnym. – skwitowały wypowiedź
- Więc wygląda na to, że jestem – odparł obojętnie.
Po tych słowach dwa małe zwierzątka zaczęły pełzać dookoła i uważnie się przyglądać. Na początku zdążyły już zauważyć, że nowe zwierzę dziwnie się zachowuje na widok tych papierów. Teraz wystarczyło to tylko wykorzystać.
- Cóż… – odezwała się jedna z nich – Wiesz, kto to tu wyrzucił?
Kot zamiauczał, o ile można to było tak nazwać. Właściwie z jego małego gardełka nie wydobył się żaden głos, a jedynie otworzył szeroko pyszczek, jakby chciał ziewnąć. Lecz w absolutnej ciszy wprawione ucho mogłoby usłyszeć ciche, znajdujące się na progu słyszalności, piskliwe miauknięcie.
- My wiemy, kto to tu wyrzucił – kontynuowała wątek jedna z dżdżownic
- Co? – zainteresował się nagle kot
- Mówię, że wiem kto to tu wyrzuca! Jest władcą tego i chce zachować wszystko dla siebie! - zachichotała
- Jest władcą? To znaczy, że to wszystko przez niego?
- Tak! I jeszcze wiele innych złych rzeczy.
- I wy mu na to pozwalacie?
- Boimy się! Powiedział, że jeżeli zrobimy coś z tymi papierami to on nam powyrywa segmenty.
- Ale teraz, kiedy ty tu jesteś…
- Kto to robi?
- Cóż… ukrywa się pod ziemią.
Kot wyprężył się. Dawno temu słyszał, że wszystkie zwierzęta żyjące pod ziemią są złe. Teraz miał na to niezbity dowód!
- Kto to?
- To kret, który ma futerko w czerwonym kolorze.
- Czerwone futerko?
- Tak! To komunista i do tego nosi okulary!
- Dobrze – odparł kot – Porozmawiam z nim.
Dżdżownice zachichotały miedzy sobą i podskoczyły z radości. Po takiej rozmowie niewiele z kreta zostanie – pomyślały i schowały się pod ziemię, bynajmniej nie ze wstydu.
Tymczasem kot nie wierzył własnym uszom. Po raz pierwszy w swojej historii mógł zrobić coś dla poprawienia świata! To niebywałe. Czyżby niezwykłym zbiegiem okoliczności trafił na jakąś anomalię w odwiecznym Prawie Równowagi? A może równowaga jest tylko mitem i tak naprawdę nie istnieje? Wiele razy już myślał o tym, ale zawsze wychodziło mu to samo – ktoś musi cierpieć, żeby ktoś inny mógł żyć w radości. Na tym polega równowaga. W pewnym stopniu uzasadnia ona cierpienie i nadaje mu jakiś sens. Z drugiej strony mówi, że tak naprawdę nie można poprawić losu cierpiących, bo zawsze w miejsce starego zła powstanie nowe. Nie było innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z tym. Kot zrobił to już dawno temu. Teraz jednak rozmowa z dżdżownicami tchnęła w niego nową nadzieję.

c.d.n.